Strona:Maciej Wierzbiński - Pękły okowy.djvu/281

Ta strona została uwierzytelniona.




XXVII.

Otarłszy ukradkiem łzę, panina Jadwiga maszerowała w głąb miasta z powstańcami ku miejscu, gdzie pozostał samochód Kuhnów. Dostała się w grono żołnierzy i dostrajała się do nich doskonale, żywy biorąc udział w ich planach i nadziejach. A że wiało od nich gorzałką i kopcili jej w twarz papierosami, nie mogło to odepchnąć obytej z ludem agitatorki. Brała go, jakim był, a że był to lud polski, i dążył duszą do polskości, więc był jej miły i drogi. Dla żołnierza zaś wyniosła z domu rodzicielskiego specyficzne względy.
Rozmawiając z sierżantem Hallerczyków, Kołeczkiem, porucznik jakby był zapomniał o niej, lecz nagle zwrócił się:
— Zalecałoby się, aby pani pozostała przez tę noc w Sosnowcu z panną Grolmanówną.
— Nie, nie. Ja pojadę z powstańcami.
— Masz tobie! — rozśmiał się Wiktor. — Niepoprawna z pani istota. Obiecywała pani poprawę. A nie potrzebuję nadmieniać, że to nie będzie „byle co“.
— Obiecywałam to, prawda. Z tego jednak nie wynika, abym miała przyrzeczenia dotrzymać — uśmiechnęła się i dodała z słodką prośbą w głosie: — Ja muszę być gdzieś blisko żołnierzy.
— Musi pani?... — śmiał się Wiktor, ulegając dziewczynie, która rozprzęgała w nim moce i poprostu brała go w jasyr.