Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 02.djvu/181

Ta strona została uwierzytelniona.

niby pieszczota, czyniąca poczucie własnego szczęścia tem głębszem i słodszem. Kazał ją sobie Odecie grać dziesięć razy, dwadzieścia razy, żądając aby go równocześnie nie przestawała całować. Każdy pocałunek przyzywa nowy pocałunek. Och, w owych pierwszych czasach kiedy się kocha, pocałunki rodzą się tak łatwo! Tłoczą się jedne za drugiemi; zliczyć pocałunki wymienione w ciągu godziny, to tak jak zliczyć kwiaty na łące w maju. Wówczas Odeta nibyto przestawała grać, mówiąc:
— Jakże ty chcesz żebym grała kiedy mnie trzymasz; nie mogę robić wszystkiego naraz; wiedz przynajmniej czego chcesz, czy mam grać, czy pieścić się z tobą.
A on się gniewał, a ona parskała śmiechem, który, przeobrażony, opadał na niego deszczem pocałunków.
Albo też patrzała na niego chmurnym wzrokiem, wówczas Swann oglądał twarz godną znaleźć się w Życiu Mojżesza Botticellego; przenosił ją tam, dawał szyi Odety właściwe nachylenie, i kiedy ją tak całkiem namalował temperą, w XV wieku, na ścianach Sykstyny, myśl że ona mimo to jest tu, przy fortepianie, teraz, że ją można całować i mieć, idea jej materjalności i jej życia upajała go z taką siłą, że z błędnym wzrokiem, z żarłocznie napiętemi

177