Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 02.djvu/206

Ta strona została uwierzytelniona.

o czem chcą, słowa strzelają jak race. Naprzykład Brichot; dziś wieczór, to jeszcze nic. Widywałam go, wie pan, czasami tutaj, u mnie, był bajeczny, olśniewający, można było klęknąć przed nim; i czy pan uwierzy, gdzieindziej to już nie ten sam człowiek; traci cały dowcip, trzeba go ciągnąć za język, jest nawet nudny.
— To ciekawe! rzekł Forcheville zdziwiony.
Rodzaj dowcipu, jaki rozwijał Brichot, uchodziłby za czyste osielstwo w koterji, w której Swann spędził młodość, mimo że nie wyklucza rzetelnej inteligencji. A inteligencji profesora, tęgiej i scczystej, pozazdrościłoby z pewnością wielu światowców, których Swann uważał za dowcipnych. Ale ci właśnie ludzie zdołali mu zaszczepić swoje gusty i uprzedzenia, przynajmniej co się tyczy życia światowego, nawet w tych jego strefach, które powinnyby raczej należeć do dziedzin inteligencji, jak rozmowa; tem samem koncepty profesora Brichot musiały się wydać Swannowi pedantyczne, płaskie i niesmaczne. Przytem Swanna, przyzwyczajonego do dobrych manier, raził szorstki, wojskowy niemal ton, w jakim militarystyczny profesor zwracał się do każdego. A może poprostu Swann wypadł tego wieczora ze swojej pobłażliwości, widząc nadmierną uprzejmość pani Verdurin dla Forcheville’a, sprowadzonego tu przez dziwny zaiste koncept Odety!

202