Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 03.djvu/132

Ta strona została uwierzytelniona.

snąć w powietrzu, brzmieć przez chwilę tylko — jakgdyby nieruchoma — i zamrzeć. To też Swann nie tracił nic z krótkiego czasu przez który trwała. Była jeszcze tuż, niby barwna bańka mydlana wisząca w powietrzu. Podobna tęczy, której blask słabnie, zniża się, potem się podnosi i, zanim zgaśnie, rozbłyska na chwilę bogaciej niż wprzódy, dotychczasowym dwóm kolorom przydała inne barwne struny, wszystkie kolory pryzmatu, i kazała im śpiewać. Swann nie śmiał się ruszyć; byłby też chciał przytrzymać inne osoby, jakgdyby najlżejszy ruch mógł zniweczyć nadprzyrodzony, rozkoszny i kruchy czar, który tak rychło miał pierzchnąć.
Nikt, coprawda, nie miał zamiaru mówić. Niewymowne słowo jedynego nieobecnego, może umarłego (Swann nie wiedział, czy Vinteuil jeszcze żyje), wionąc ponad gesty celebrantów, wystarczało aby utrzymać w napięciu uwagę trzystu osób, i z tej estrady, gdzie niejako wywoływano duszę, czyniło jeden z najszlachetniejszych ołtarzy, służących dla spełnienia się nadziemskiego obrządku. Fraza rozpadła się w końcu, bujając strzępami w dalszych motywach, które już zajęły jej miejsce. I jeżeli Swann uczuł się w pierwszej chwili podrażniony, kiedy hrabina de Monteriender, sławna ze swoich naiwności, nim jeszcze sonata się skończyła, pochyliła się doń aby mu zwierzyć swoje wrażenia, póź-

128