Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 03.djvu/201

Ta strona została uwierzytelniona.

w tym publicznym ogrodzie nic nie wiązało się z mojemi marzeniami.

Jednego dnia, kiedym się nudził na naszem zwykłem miejscu w pobliżu karuzeli, Franciszka zabrała mnie na wycieczkę poza granicę, której, w nierównych odstępach, strzegą stragany z landrynkami; w owe regjony pobliskie ale obce, gdzie twarze są nieznane i gdzie przejeżdża wózek zaprzężony w kozy. Potem Franciszka wróciła zabrać rzeczy z krzesła obok klombu laurów; czekając na nią, deptałem wielki, mizerny, ostrzyżony, pożółkły od słońca trawnik, na którego krańcu wznosi się nad basenem posąg. Naraz, jakaś dziewczynka, kładąca właśnie płaszczyk i chowająca rakietę, krzyknęła ostrym głosem do drugiej, rudowłosej, grającej w wolanta koło basenu: „Do widzenia, Gilberto, idę już; nie zapominaj, że mamy być u ciebie po obiedzie”.
To imię Gilberty przeszło koło mnie, wywołując istotę, którą oznaczało, tem skuteczniej, że określało ją nietylko jak kogoś nieobecnego, o kim się mówi, ale wołało ją wprost. Tak przeszło obok mnie to imię, można powiedzieć czynnie; z siłą, którą zwiększała krzywizna rzutu i rosnąca bliskość celu; przeszło — czułem to — niosąc z sobą świadomość, wiedzę o tej, do której głos się zwracał; wiedzę nie moją, ale wołającej ją przyjaciółki; wszystko, co

197