Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 01.djvu/103

Ta strona została uwierzytelniona.

Swann nie odtworzył sobie natychmiast z tych znamion mego stanu duszy, skoro nie przyszedł mnie przeprosić i wyznać że się omylił, widać sam nigdy nie doznał tych szlachetnych wzruszeń, a co za tem idzie niezdolny był pojąć ich w drugich.
Otóż może poprostu Swann wiedział, że szlachetność jest często wewnętrznym obrazem naszych samolubnych uczuć, kiedyśmy ich jeszcze nie nazwali i nie sklasyfikowali. Może w sympatji, jaką mu wyrażałem, ujrzał proste działanie — i entuzjastyczne potwierdzenie — mojej miłości do Gilberty, która-to miłość — nie zaś wtórna cześć dla ojca ukochanej — kierowałaby niechybnie na przyszłość mojemi postępkami. Nie mogłem podzielać jego przewidywań, bo nie udało mi się swojej miłości oderwać od samego siebie, aby spojrzeć na nią z ogólnej perspektywy i dopuścić doświadczalnie jej konsekwencyj; byłem w rozpaczy.
Musiałem na chwilę opuścić Gilbertę, Franciszka wołała mnie. Trzeba mi było towarzyszyć jej do małego kiosku o ścianach pokrytych zieloną kratą, dosyć podobnego do opuszczonych domków akcyzy starego Paryża. Od niedawna urządzono tam to, co w Anglji nazywa się lavabo, a we Francji, przez źle poinformowaną anglomanję, — water-klozet. Stare i wilgotne mury przedsionka, gdziem czekał na Franciszkę, wydzielały chłodną woń stęchlizny, która rozpraszając natychmiast troski zrodzone ze słów Swanna, przeniknęła mnie przyjemnością nie

99