Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 01.djvu/129

Ta strona została uwierzytelniona.

tak na miejscu”. (Natychmiast zmieniłem całkowicie swoje pojęcie o Franciszce; posiadać guwernantkę strojną w gumowy płaszcz i w piórko nie wydało mi się już tak konieczne). Wreszcie, z kilku słów, jakie się wymknęły pani Swann o pani Blatin, której uznawała życzliwość, ale której wizyt się bała, zrozumiałem, że osobiste stosunki z tą damą nie byłyby dla mnie równie cenne jak przypuszczałem i nie poprawiłyby w niczem mojej sytuacji u Swannów.
Jeżeli już zacząłem zgłębiać, z owem drżeniem szacunku i radości, czarodziejską dziedzinę, która, wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, otwarła przedemną swoje zamknięte dotąd aleje, czyniłem to jedynie w charakterze przyjaciela Gilberty. Królestwo, do którego mnie dopuszczono, samo mieściło się w innem, jeszcze bardziej tajemniczem, gdzie Swann i jego żona wiedli swoje nadprzyrodzone życie, i dokąd kierowali się uścisnąwszy mi rękę, kiedy się mijali ze mną w hallu. Ale niebawem wniknąłem i do serca sanktuarjum. Naprzykład Gilberty nie było, a państwo Swann byli w domu. Pytali kto dzwonił i słysząc że to ja, prosili abym wstąpił do nich na chwilę, pragnąc bym użył, w tym lub innym sensie i w tej lub innej sprawie, swojego wpływu na ich córkę. Przypomniałem sobie ów list, tak znaczący, tak przekonywający, którym niegdyś napisał do Swanna i na który on nie raczył nawet odpowiedzieć! Podziwiałem bezsilność rozumu, lo-

125