Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 01.djvu/22

Ta strona została uwierzytelniona.

znieść myśli, iż, nawet gdybym miał spędzić jakiś czas w „centrali”, byłbym narażony na to, że mogliby mnie wysłać kiedyś jako ambasadora w kraje gdzie nie mieszka Gilberta. Byłbym wolał wrócić do projektów literackich, którem tworzył niegdyś, a którem porzucił w czasie swoich spacerów w stronę Guermantes. Ale ojciec był stale przeciwny karjerze literackiej, którą uważał za coś o wiele niższego od dyplomacji, odmawiając jej nawet miana karjery; aż do dnia, w którym pan de Norpois, nie bardzo lubiący dyplomatów z mieszczaństwa, upewnił go, że można jako pisarz zdobyć sobie tyleż uznania, działać równie skutecznie, a zachować większą niezależność.
— No i co, nie byłbym przypuszczał, stary Norpois nie jest wcale przeciwny literaturze, rzekł ojciec. Że zaś, dość ustosunkowany sam przez się, ojciec wierzył, iż niema rzeczy, którejby się nie dało ułożyć i załatwić pomyślnie w rozmowie wpływowych ludzi, dodał:
— Ściągnę go któregoś dnia po komisji na obiad. Pomówisz z nim trochę, aby cię mógł ocenić. Napisz coś dobrego, coby mu można było pokazać; on żyje blisko z redaktorem Revue des Deux Mondes, wkręci cię tam, to spryciarz; a dalibóg, on, zdaje się, uważa, że dzisiaj dyplomacja!...
Szczęście, jakiem byłoby nie rozstawać się z Gilbertą, wzbudziło we mnie chęć (ale nie zdolność) napisania pięknej rzeczy, którąby można pokazać

18