Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 01.djvu/220

Ta strona została uwierzytelniona.

steś dobre dziecko”, z owym rozczulonym niepokojem, jaki w nas rodzi zbyt namiętna tkliwość istoty przeznaczonej na to aby nas przeżyła. Aby ukryć wzruszenie, wmięszał się w naszą rozmowę o Bermie. Zwrócił mi uwagę — ale tonem obojętnym i znudzonym, jakgdyby chciał zostać poniekąd na zewnątrz tego co mówił — z jaką inteligencją, z jaką nieoczekiwaną celnością aktorka rzekła do Enony: — „Wiedziałaś!” Swann miał słuszność: ten bodaj akcent miał wartość naprawdę zrozumiałą i byłby mógł tem samem uczynić zadość memu pragnieniu nieodpartych racyj dla podziwiania Bermy. Ale właśnie dla swojej jasności nie zadowalał tego pragnienia. Akcent był tak trafny, o tak jasnym sensie i intencji, że zdawał się istnieć sam w sobie, tak iż każda inteligentna artystka mogłaby się na to zdobyć. To była piękna idea, ale ktobądź by na nią wpadł, posiadłby ją równie łatwo. Wartością Bermy pozostawało to że ją znalazła, ale czy można użyć słowa „znaleźć”, gdy chodzi o znalezienie czegoś, coby nie było inne gdyby się to otrzymało, czegoś co nie jest związane zasadniczo z naszą istotą, skoro ktoś inny może to później odtworzyć?
— Mój Boże, jak pańska obecność podnosi poziom rozmowy! — rzekł do mnie Swann, jakby dla usprawiedliwienia się w oczach Bergotte’a. Swann nabrał w środowisku Guermantów zwyczaju przyjmowania wielkich artystów jak dobrych przyjaciół, których pragnie się jedynie uczęstować potrawami ja-

216