Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 01.djvu/74

Ta strona została uwierzytelniona.

w świecie, znajduje się dla pana de Norpois na najniższym szczeblu drabiny jego podziwu), nie podzielam tego zapatrywania. Bergotte jest tem, co nazywam wirtuozem na flecie; trzeba zresztą przyznać, że gra przyjemnie, mimo iż z dużą dawką manjery, afektacji. Ale ostatecznie, to jest tylko tyle, i to jest nie dużo. W jego dziełach pozbawionych muskułów nigdy nie znajdzie się tego, co możnaby nazwać kośćcem. Żadnej akcji — albo bardzo mało — ale zwłaszcza żadnego ciężaru gatunkowego. Jego książki grzeszą u podstaw, lub raczej nie mają żadnej podstawy. W epoce takiej jak nasza, gdy rosnąca złożoność życia ledwie zostawia czas na czytanie, gdy mapa Europy doznała głębokich przeobrażeń i jest w przededniu głębszych może jeszcze, gdy tyle nowych i groźnych zagadnień nastręcza się ze wszystkich stron, przyzna pan, że mamy prawo żądać od pisarza, aby był czemś więcej niż pięknoduchem, dającym nam zapomnieć, w czczych i bizantyńskich dyskusjach nad walorami czystej formy, że nas może z dnia na dzień zalać podwójna fala Barbarzyńców, z zewnątrz i od wewnątrz. Wiem, że to znaczy bluźnić przeciw Przenajświętszej Doktrynie tego, co ci panowie nazywają Sztuką dla Sztuki; ale w naszej epoce są zadania pilniejsze niż harmonijne składanie słów. Pan Bergotte robi to dość zgrabnie, nie przeczę; ale w sumie, jest to bardzo mdłe, bardzo wątłe, bardzo niemęskie. Rozumiem teraz lepiej, — w związku z pańskim przesadnym podziwem dla pa-

70