Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/125

Ta strona została uwierzytelniona.

wali czuć, że w sąsiedzie lub partnerze spoczywa pewna choćby nie zatrudniona w danej chwili wiedza, pozwalająca rozpoznać tandetę, którą tyle mieszkań paryskich stroi się jako autentycznem „średniowieczem” lub „renesansem”; że mają w każdej rzeczy wspólne kryterja dobrego i złego. Bezwątpienia, odrębna egzystencja, w jakiej grupa ta wszędzie chciała pozostać zanurzona, objawiała się w owych momentach już tylko jakimś rzadkim dowcipem, rzuconym przy stole czy przy kartach, lub uroczą i nową suknią, jaką młoda aktorka włożyła do śniadania lub do partyjki pokera. Ale, spowijając ich tak w przyzwyczajenia znane im do gruntu, egzystencja ta wystarczała, aby ich chronić przed tajemnicą otaczającego życia. Przez długie popołudnia, morze wisiało nawprost nich jedynie jako miłe w kolorze płótno, przybite do ściany w zamożnej garsonierze; conajwyżej w przerwach między rozdaniem kart, któryś z graczy, nie mając nic lepszego do roboty, zwracał ku niemu oczy, aby sprawdzić pogodę lub godzinę i przypomnieć innym, że podwieczorek czeka. A wieczorem nie jedli obiadu w hotelu, gdzie elektryczne źródła lały strumienie światła w wielką jadalnię, zmienioną w ogromne i cudowne akwarjum, przed którego szklaną ścianą, robotnicza ludność Balbec, rybacy a także rodziny drobnych mieszczan, cisnęli się za szybą, niewidzialni w cieniu, aby oglądać, wolno kołysane w złotych wirach, zbytkowne życie bogaczy, równie nadzwy-

121