Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.

akcentami, w jej głosie; jakiś atawistyczny hamulec, działający w chwili gdy spojrzeniem lub intonacją zdradziła własną myśl; — wszystko to sprowadzało myśl tego co na nią patrzył do rasy, która jej przekazała tę oschłość, te luki wrażliwości, — jakgdyby skąpstwo materji, niedostającej co chwilę. Ale na tak szybko wysychającem tle jej źrenic błyskały chwilami spojrzenia, w których szuło się ową niemal pokorną słodycz, jaką dominująca zmysłowość daje nawet najdumniejszej, każąc jej niebawem uznawać już tylko jeden urok. Ten urok ma w jej oczach wszelka istota zdolna jej dostarczyć pewnych wzruszeń, choćby to był aktor lub linoskoczek, dla którego rzuci może kiedyś męża. Z pewnego odcienia zmysłowej i żywej różowości, która rozkwitała na jej bladych licach, podobna tej co barwiła swoim karminem serce lilij wodnych na Vivonne, miałem uczucie, że ona łatwoby pozwoliła, abym poszukał w niej smaku owego tak poetycznego życia, jakie wiodła w Bretanji, życia, którego czy to przez zbytnie z niem oswojenie, czy przez wrodzoną dystynkcję, czy przez wstręt do ubóstwa lub skąpstwa swojej rodziny, nie zdawała się zbytnio cenić, ale którem ciało jej było jakby nasiąknięte. W skromnym zasobie odziedziczonej woli, który dawał wyrazowi jej twarzy coś tchórzliwego, nie znalazłaby może energji oporu. I szary filcowy kapelusz, jaki zawsze miała przy stole, strojny niemodnem trochę i pretensjonalnem piórem, czynił

133