Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/141

Ta strona została uwierzytelniona.

dla podrzędnego klienta. Innym, wartościowszym, generalny dyrektor kłaniał się równie chłodno ale głębiej, z powiekami spuszczonemi z odcieniem wstydliwego szacunku, tak jakby miał przed sobą ojca nieboszczki na pogrzebie, albo Przenajświętszy Sakrament. Poza temi lodowatemi i rzadkiemi ukłonami, nie czynił najlżejszego ruchu, jakby dla okazania, że jego błyszczące oczy, zdające się wychodzić z twarzy, widzą wszyskto, kierują wszystkiem, zapewniając „obiadowi w Grand-Hotelu” zarówno wykończenie szczegółów jak harmonję całości. Czuł się wyraźnie czemś więcej niż reżyserem, niż kapelmistrzem, czuł się prawdziwym generalissimusem. Uznawszy, iż kontemplacja doprowadzona do szczytu skupienia, wystarczy mu dla upewnienia się że wszystko jest gotowe i bezbłędne i dla wzięcia wreszcie odpowiedzialności, wstrzymywał się nietylko od wszelkiego gestu, ale nawet od drgnienia oczu skamieniałych uwagą, oczu ogarniających całokształt czynności i kierujących niemi. Czułem, że nawet ruchy mojej łyżki nie uchodzą baczności generalnego dyrektora, i choćby znikł zaraz po zupie, ta jego rewja odbierała mi apetyt na cały obiad. On sam miał apetyt doskonały, jak można było stwierdzić przy śniadaniu, które spożywał jak zwykły gość, przy takim samym stoliku jak wszyscy, w jadalni. Jego stół miał tylko tę właściwość, że gdy on jadł, drugi dyrektor, ów codzienny, stał cały czas, zabawiając zwierzchnika rozmową. Bo, będąc podwład-

137