Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/173

Ta strona została uwierzytelniona.

dynej, świadomej i obdarzonej wolą. Toteż z chwilą gdy osobowość tej dziewczyny, jej nieuchwytna dusza, nieznana mi wola, wyraziła się małym, cudownie zmniejszonym ale zupełnym obrazem w jej nieuważnem spojrzeniu, już — niby tajemnicza kopja pyłków przeznaczonych dla słupka — czułem iż we mnie drży równie nieokreślony, równie maleńki embrjon żądzy aby nie dać przejść tej dziewczynie, zmusić jej myśl by przyjęła do świadomości moją osobę, zabronić jej pragnieniom biec do kogokolwiek innego, wcisnąć się w jej marzenia i owładnąć jej sercem. Tymczasem powóz oddalał się, piękna dziewczyna była już za nami, że zaś nie posiadała o mnie żadnego z pojęć tworzących osobowość, oczy jej, które zaledwie mnie widziały, już zapomniały o mnie. Czy dlatego, żem ją ujrzał ledwie w przelocie, wydała mi się tak piękna? Może. Niepodobieństwo zatrzymania się przy kobiecie, ryzyko że się jej nie odnajdzie innego dnia, dają jej nagle i odrazu ten sam urok, jaki obcemu krajowi daje choroba czy ubóstwo nie pozwalające go nam zwiedzić, lub jaki bezbarwnym dniom, pozostałym nam do życia, daje walka, w której zapewne padniemy. Tak, iż gdyby nie przyzwyczajenie, życie musiałoby się wydać rozkoszne istotom zagrożonym w każdej godzinie śmiercią, — to znaczy wszystkim ludziom. Następnie, o ile wyobraźnię porywa żądza tego czego nie możemy posiadać, rozpędu jej nie ogranicza dokładnie doznana rzeczywistość, w owych spotkaniach, w któ-

169