Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/20

Ta strona została uwierzytelniona.

żebym ujrzał Gilbertę tak samo nadąsaną. Ale jeżeli ten narkotyk był źródłem moich cierpień, fałszywie w takim razie tłumaczonych przez moją wyobraźnię (w czem nie byłoby nic niezwykłego, ile że najokrutniejsze cierpienia moralne miewają często u kochanków źródło w fizycznem przyzwyczajeniu do kobiety z którą żyją), był on niby ów kordjał, który długo po zażyciu wciąż wiązał Tristana do Izoldy. Bo poprawa fizyczna, jaką zmniejszenie dawek kofeiny sprowadziło u mnie prawie natychmiast, nie powstrzymała rozwoju zgryzoty, którą niegdyś narkotyk, o ile jej nie wywołał, to bodaj zdołał zaostrzyć.
Ale, kiedy nadeszła połowa stycznia, skoro się rozwiały nadzieje noworocznego listu i uśmierzył się ból towarzyszący ukojonemu wreszcie zawodowi, wówczas zaczęła się na nowo moja zgryzota z przed Świąt. A najokrutniejsze było w niej może to, że ja byłem sam jej nieświadomym, samowolnym, bezlitosnym i cierpliwym twórcą. Ja sam pracowałem nad tem, aby uniemożliwić jedyną rzecz na której mi zależało, stosunki z Gilbertą, stwarzając pomału, przedłużeniem rozłąki, obojętność nie Gilberty, ale — co miało wyjść wkońcu na jedno — swoją własną. Pracowałem zaciekle nad długiem i okrutnem samobójstwem tego siebie, który we mnie kochał Gilbertę; pracowałem widząc jasno nietylko to co robię w danej chwili, ale co stąd wyniknie na przyszłość. Wiedziałem nietylko że za jakiś czas nie będę

16