Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/201

Ta strona została uwierzytelniona.

łem wyprostowanem, z wciąż podniesioną głową, ze spojrzeniem niewzruszonem, — więcej jeszcze: nieubłaganem, wyzutem z owego zdawkowego szacunku, jaki się ma dla praw innych istot nawet gdy nie znają naszej ciotki; z owego szacunku, który sprawiał, iż starsza dama nie była dla mnie zupełnie tem samem co naprzykład płomyk gazu. Ten lodowaty chłód był równie daleki od uroczych listów, jakie — w mojej wyobraźni — pisał do mnie jeszcze przed kilku dniami aby mi wyrazić swoją sympatję, jak dalekim jest od entuzjazmu sali sejmowej pokątny marzyciel bez talentu, który — również we własnej wyobraźni — porywa lud swojem niezapomnianem przemówieniem, i pomarzywszy tak samotnie i głośno o sobie samym, skoro raz zamilkną urojone oklaski, zostaje ciemięgą jak wprzódy.
Pani de Villeparisis — zapewne aby zatrzeć złe wrażenie, jakie na nas zrobiły te pozory, zdradzające naturę próżną i twardą — znów zaczęła mówić o niewyczerpanej dobroci swego ciotecznego wnuka (był synem jej siostrzenicy, nieco starszy odemnie). Podziwiałem, jak w wielkim świecie, z podeptaniem wszelkiej prawdy, użycza się przymiotów serca ludziom mającym serce tak oschłe, choćby pozatem byli uprzejmi dla wytwornych osób z ich własnego świata. Pani de Villeparisis przyczyniła się nawet sama — mimo że nie wprost — do potwierdzenia zasadniczych (i niewątpliwych już dla mnie) rysów swego siostrzeńca, w dniu gdym ich spotkał oboje na

197