Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/229

Ta strona została uwierzytelniona.

przechodzący z biegiem pokoleń z gabinetu watykańskiego na wuja mego przyjaciela, odczuwałem przyjemność właściwą tym, co nie mogąc z braku pieniędzy stworzyć sobie zbioru medali, pinakoteki, poszukują starych nazw (nazw miejscowości, dokumentarnych i malowniczych nakształt starej mapy, godła, szyldu lub kalendarza, imion chrzestnych w których dźwięczy i wyraża się, w pięknych francuskich końcówkach, skaza języka, akcent etnicznego zniekształcenia, błędna wymowa, którą przodkowie nasi narzucali łacińskim lub saxońskim wyrazom trwałe skażenia, zmienione później w dostojne prawodawstwo gramatyki) i dzięki tej kolekcji zamierzchłych dźwięków dają sami sobie koncerty, na sposób tych, co nabywają viola di gamba i viola d’amore, by uprawiać starą muzykę na dawnych instrumentach.
Saint-Loup powiedział mi, że nawet w najbardziej zamkniętym świecie arystokratycznym, wuj jego Palamed wyróżniał się jako szczególnie nieprzystępny, wzgardliwy, zakochany w dostojeństwie rodu, tworzący wraz z żoną swego brata i kilkoma innymi wybranymi tak zwane „kółko Feniksów“. I tam nawet budził taki lęk swemi fumami, że zdarzało się, iż ludzie z towarzystwa pragnący go poznać i zwracający się z tem do jego brata, spotykali się z odmową. „Nie, nie, niech mnie pan nie prosi o przedstawienie bratu. Choćbyśmy się do tego zaprzęgli wszyscy razem z moją żoną, nicbyśmy nie

225