Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/246

Ta strona została uwierzytelniona.

które prawdopodobnie ujdzie niepostrzeżone, mniejsze jest niż ryzyko naiwnego nalegania, rzekłem:
— Ależ, proszę pana, pan sobie przypomina przecież, że to pan sam prosił nas, abyśmy przyszli wieczór?
Żaden dźwięk, żaden ruch, nie zdradził czy pan de Charlus usłyszał moje pytanie. Co widząc, powtórzyłem je, jak dyplomaci lub poróżnieni młodzi ludzie, wkładający niestrudzoną i daremną dobrą wolę w to, aby uzyskać wyjaśnienia, których druga strona zdecydowana jest nie udzielić. Pan de Charlus znowu mi nie odpowiedział. Zdawało mi że na ustach barona igra uśmiech człowieka, sądzącego z bardzo wysoka charaktery i wychowanie.
Skoro baron odmawiał wszelkiego wytłumaczenia, próbowałem je znaleść sam, ale wahałem się między kilkoma, z których żadne nie mogło wystarczyć. Może już sobie nie przypominał, a może ja źle zrozumiałem jego słowa... Bardziej prawdopodobnie, przez dumę nie chciał, aby się wydało, iż starał się ściągnąć ludzi którymi gardził; wolał tedy na nich samych przerzucić inicjatywę. Ale skoro nami gardził, czemu zależało mu na tem abyśmy przyszli, lub raczej aby babka przyszła, bo z nas dwojga jedynie do niej zwracał się w ciągu wieczora, a do mnie ani razu. Rozmawiając z ożywieniem z nią zarówno jak z panią de Villeparisis, schowany niejako za niemi niby w głębi loży, chwilami tylko od-

242