Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/248

Ta strona została uwierzytelniona.

to, jakiegoś przebrania potężnego człowieka w niebezpieczeństwie, lub tylko osobnika niebezpiecznego ale tragicznego. Pragnąłbym odgadnąć, co to była za tajemnica, nie istniejąca w innych ludziach, — tajemnica, która mi uczyniła tak zagadkowem spojrzenie pana de Charlus, kiedym go ujrzał rano koło kasyna. Ale znane mi obecnie jego parantele nie pozwalały mi go już brać za złodzieja, a rozmowa barona nie pozwalała przypuszczać, aby to był wzrok obłąkanego. Jeżeli był chłodny dla mnie będąc równocześnie tak uprzejmy dla mojej babki, wynikało to może nie z osobistej antypatji, bo naogół, o ile baron wydawał się życzliwy dla kobiet, wyrażając się o ich wadach nader pobłażliwie, o tyle żywił do mężczyzn, zwłaszcza do młodych ludzi, gwałtowną nienawiść, przypominającą nienawiść mizoginów w stosunku do kobiet. O paru „gigolo“, należących do rodziny lub do przyjaciół Roberta, a których nazwiska ów przypadkowo zacytował, pan de Charlus powiedział z wyrazem twarzy niemal okrutnym, odbijającym od jego zwykłego chłodu: „To są małe kanalje“. Zrozumiałem, iż on wyrzuca dzisiejszym młodym ludziom zwłaszcza to że są zbyt zniewieściali: „To istne baby“, mówił ze wzgardą. Ależ jakie życie nie wydałoby się zniewieściałem wobec tego jakiego on żądał dla mężczyzny, nigdy nie znajdując go dość energicznem i męskiem? (On sam, w czasie swoich pieszych wędrówek, po kilku godzinach marszu, rzucał się zgrza-

244