Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/95

Ta strona została uwierzytelniona.

jaki im niebacznie stworzyłem, wypędzając wszystkie obrazy żyjące tam dotąd, tramwaj, kawiarnia, ciżba chodząca po rynku, filje kasy pożyczkowej, nieodparcie popychane zewnętrznem parciem i pneumatyczną siłą, stłoczyły się wewnątrz sylab, które, zamknąwszy się nad niemi, pozwalały im teraz obramiać kruchtę perskiego kościoła i zostać tam już na zawsze.
W kolejce lokalnej, która miała nas zawieźć do Balbec-Plage, znalazłem babkę, ale samą. Wpadła na pomysł wysłania przed sobą Franciszki, tak aby wszystko było przygotowane zgóry; ale dawszy jej fałszywą informację, wyekspedjowała ją w złym kierunku. W tej chwili, nie domyślając się niczego, Franciszka pomykała z całą chyżością w stronę Nantes, aby się obudzić może w Bordeaux. — Ledwiem usiadł w wagonie wypełnionym ulotnem światłem zachodu i wytrwałem popołudniowem gorącem (przyczem światło, niestety, pozwalało mi na twarzy babki sprawdzić, jak bardzo gorąco ją zmęczyło), spytała: „No co, Balbec?“ z uśmiechem tak żarliwie rozświeconym nadzieją wielkiej przyjemności, której, jak przypuszczała, doznałem, żem nie śmiał wyznać jej tak odrazu swojego zawodu. Zresztą wrażenie, jakiego szukał mój duch, mniej mnie zajmowało, w miarę jak się zbliżało miejsce, do którego ciało moje miało się przyzwyczajać. U kresu drogi, jeszcze oddalony przeszło o godzinę, starałem się sobie wyobrazić dyrektora hotelu w Balbec, dla któ-

91