Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 02.djvu/96

Ta strona została uwierzytelniona.

rego byłem w tej chwili czemś nieistniejącem; byłbym pragnął przedstawić mu się w towarzystwie bardziej imponującem niż babka, która z pewnością zażąda rabatu. Jawił mi się nieuchronnie sztywny, ale bardzo mglisty w konturach.
Co chwilę kolejka zatrzymywała się na jednej ze stacyj, poprzedzających Balbec-Plage. Same ich nazwy (Incarville, Marcouville, Doville. Pont-à-Couleuvre, Arambouville, Saint-Mars-le-Vieux, Hermonville, Maineville) zdawały mi się dziwaczne; choć gdybym je spotkał w książce, odczułbym ich powinowactwo z nazwami pewnych miejscowości w pobliżu Combray. Ale dla ucha muzyka, dwa motywy, materjalnie zawierające wiele tych samych nut, mogą nie mieć żadnego podobieństwa, jeśli się różnią barwą harmonii i orkiestracji. Tak samo te smutne nazwy, utworzone z piasku, z nazbyt wietrznej i pustej przestrzeni i z soli, nazwy nad które słowo ville wzlatywało tak jak vole w Pigeon-vole, nie przywodziły mi na myśl owych innych, jak Roussainville albo Martinville, które, przez to że je tak często wymawiała ciotka w „sali”, nabyły jakiegoś mrocznego czaru, gdzie zmieszały się może ekstrakty smaku konfitur, zapachu płonących drew, papieru książki Bergotte’a i koloru domu naprzeciwko. I jeszcze dziś, kiedy się wznoszą jak bańka gazu z głębin mojej pamięci zachowują swój odrębny smak poprzez spiętrzone warstwy różnych śro-

92