Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/180

Ta strona została skorygowana.

wiskiem, które go zmienia, gdy go w nie zanurzymy, są okoliczności, nowa rama. Kiedym się znalazł z Albertyną, wówczas, stawszy się innym przez fakt jej obecności, mówiłem jej całkiem co innego niż zamierzyłem. Potem, przypominając sobie zaognioną skroń, zastanawiałem się czy Albertyna nie więcej ceni uprzejmość, o którejby wiedziała że jest bezinteresowna. A wreszcie czułem się zakłopotany wobec niektórych jej spojrzeń, uśmiechów. Mogły oznaczać łatwość, lecz także dziecinne rozbawienie młodej dziewczyny, żywej ale o uczciwym gruncie. Ten sam wyraz w fizjognomji czy mowie może mieć różne znaczenia; wahałem się niby uczeń wobec trudności greckiego tekstu.
Tym razem spotkaliśmy prawie zaraz ową „dużą“, Annę — tę co skoczyła przez prezydenta sądu. Albertyna musiała mnie przedstawić. Przyjaciółka jej miała oczy bardzo jasne, niby w mrocznem mieszkaniu otwarte drzwi pokoju do którego wchodzi słońce i zielonkawy odblask promiennego morza.
Minęło nas pięciu panów, których znałem bardzo dobrze z widzenia odkąd byłem w Balbec. Często zastanawiałem się, ktoby to mógł być. „To nie są ludzie zbyt eleganccy, rzekła Albertyna podśmiechując się wzgardliwie. Ten mały stary w żółtych rękawiczkach, ładny kwiatek, hę? — niech go drzwi ścisną, to dentysta z Balbec, zacne homo; ten gruby to mer; nie ten najmniejszy grubas, którego pan już musiał widzieć, to nauczyciel tańców; także dobry

176