Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/210

Ta strona została skorygowana.

miast wylęgła nienasyconą żądzę widzenia białych batystowych sukien i flag w sąsiedztwie morza tak jakby mi się to dotąd nigdy nie zdarzyło — siliłem się zawsze w obliczu morza wygnać z mojego pola widzenia zarówno kąpiących się na pierwszym planie, jak jachty o żaglach zbyt białych niby kostjum plażowy. Oddalałem od siebie wszystko, co mi przeszkadzało wmówić w siebie, iż patrzę na odwieczną falę, roztaczającą własne tajemnicze życie już przed zjawieniem się rodzaju ludzkiego; nawet promienne dni, które przybierając dla mnie banalny wygląd uniwersalnego lata na tem wybrzeżu mgieł i burz, znaczyły na niem poprostu pauzę, równoważnik tego co się nazywa w muzyce pustym taktem. Otóż teraz znowuż, niepogoda zdawała mi się jakimś złowrogim wypadkiem, niezdolnym już sobie znaleźć miejsca w świecie piękności. Żywo pragnąłem odnaleźć w rzeczywistości to, co mnie tak zachwycało i spodziewałem się, że czas będzie dość pomyślny, aby ujrzeć z wysokości skał te same błękitne cienie co na obrazie Elstira.
Po drodze nie przysłaniałem już sobie zresztą oczu rękami, jak w owych dniach, kiedy szukałem w naturze życia wcześniejszego od zjawienia się człowieka; kiedy na złość wszystkim uprzykrzonym zdobyczom przemysłu, które kazały mi dotąd ziewać z nudów na Wystawach powszechnych lub u modystek, próbowałem widzieć tylko ten wycinek morza, gdzie nie było parowego statku, tak aby

206