Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/229

Ta strona została skorygowana.

Anna, która zresztą, mimo błagań Albertyny, nie chciała jej wypisać dwóch innych nazwisk. Merlet i Sainte-Beuve to nieźle robi, ale zwłaszcza trzeba zacytować Deltoura i Cascq-Desfossés.
Przez ten czas myślałem o kartce z notatnika, którą mi wsunęła Albertyna: „Bardzo kogoś... lubię“, i w godzinę później, schodząc drogami wiodącemi nas z powrotem, zbyt stromo na mój gust, do Balbec, powiadałem sobie, że to z nią przeżyję swój romans.
Stan określony zespołem znaków, z których poznajemy zazwyczaj iż jesteśmy zakochani — na przykład rozkazy, jakie dawałem w hotelu aby mnie nie budzono dla nikogo, z wyjątkiem którejś z tych dziewcząt, bicie serca w oczekiwaniu ich (bez względu na to której) i wściekłość moja w te dni, jeśli nie mogłem znaleźć fryzjera żeby mnie ogolił i miałem się ukazać niedość piękny oczom Albertyny, Rozamondy lub Anny, — bez wątpienia, ten stan, odradzający się naprzemian dla tej lub innej, był równie odmienny od tego co nazywamy miłością, jak od życia ludzkiego różni się życie zwierzokrzewów, w którem istnienie, indywidualność jeżeli można tak powiedzieć, rozmieszczone są między rozmaite organizmy. Ale historja naturalna uczy, że taki organizm zwierzęcy da się obserwować, i że własne nasze życie, o ile jest już trochę rozwinięte, również zawiera dowody realności dawniej przez nas niepodejrzewanych stanów, przez które mamy przejść, choćbyśmy

225