Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/283

Ta strona została skorygowana.

ła mnie w trawie, nie oczyszczając ich może ze wszystkiej mierności, jaką napełniło je codzienne życie, a jednak nie przypominając sobie wyraźnie ich niebiańskiego pochodzenia, jakgdybym, podobny Herkulesowi lub Telemakowi, zabawiał się wśród nimf.
Potem skończyły się koncerty, przyszły niepogody, moje przyjaciółki opuściły Balbec, nie wszystkie naraz, jak jaskółki, ale w ciągu jednego tygodnia. Albertyna wyjechała pierwsza, nagle, tak że żadna z przyjaciółek nie mogła zrozumieć, ani wówczas ani potem, czemu ona tak prędko wróciła do Paryża, dokąd nie wzywały jej ani prace ani rozrywki. „Nie powiedziała ani co ani pstro, no i pojechała”, mamrotała Franciszka, pragnąca zresztą abyśmy zrobili to samo. Uważała to za niedelikatność wobec personelu hotelowego, bardzo już uszczuplonego zresztą, ale więzionego przez nielicznych pozostałych klientów; wobec dyrektora, który „przejadał pieniądze”. Prawda, że oddawna, z hotelu który niebawem zamykano, wyjechali prawie wszyscy; nigdy też nie był równie przyjemny. Inne miał o tem zdanie dyrektor; wzdłuż salonów, gdzie się marzło i u których drzwi nie czuwał już żaden groom, przebiegał korytarze, ubrany w nowy tużurek, wyświeżony przez fryzjera tak, że jego mdła fizys robiła wrażenie mieszaniny gdzie na jedną partję ciała wchodzą trzy partje kosmetyku; zmieniający co chwila krawat (te elegancje kosztu-

279