Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/41

Ta strona została skorygowana.

najmniejszych szczegółach) żona prezydenta, dumnie siedząca przed kioskiem dla muzyki, pośród tego groźnego rzędu krzeseł, gdzie za chwilę oni sami, z aktorów stając się krytykami, mieli się usadowić, aby sądzić z kolei wszystkich defilujących przed nimi. Szli po didze, kołysząc się tak silnie, jakgdyby się znajdowali na pokładzie statku; nie umieli podnieść nogi aby równocześnie nie poruszyć ramieniem, nie obrócić oczu, nie poprawić ramion, nie skompensować każdego ruchu wahadłowym ruchem w przeciwną stronę, i nie czerwienieć na twarzy. Udawali że nikogo nie widzą, aby sprawić wrażenie że się nie troszczą o osoby idące obok nich lub w przeciwnym kierunku; ale, bacząc ukradkiem aby ich nie potrącić, zderzali się właśnie z niemi, zahaczali się o nie, ponieważ byli nawzajem z ich strony przedmiotem tej samej tajemnej uwagi, ukrytej pod tą samą pozorną obojętnością; ile że miłość — tem samem lęk — tłumu jest jedną z najpotężniejszych sprężyn u wszystkich ludzi, czy starają się podobać innym lub zadziwić ich, czy też pragną pokazać że nimi gardzą. U samotnika, zamknięcie, nawet absolutne i trwające do końca życia, ma za pobudkę nadmierną miłość tłumu, tak bardzo górującą nad innem uczuciem, że gdy nie może, wychodząc z domu, uzyskać podziwu odźwiernego, przechodniów, woźnicy, woli nie być nigdy przez nich ujrzanym i wyrzeka się wszelkiego działania któreby mu kazało opuszczać pokój.

37