Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/42

Ta strona została skorygowana.

Pośród wszystkich tych ludzi, z których ten i ów ścigał jakąś myśl, ale wówczas zdradzał jej wahania niepokojem gestów, spojrzeń, równie mało harmonijnych jak oględne chibotanie się sąsiadów, dziewczęta, które zauważyłem szły prosto przed siebie, z opanowaniem gestów jakie daje doskonałe wyćwiczenie ciała i szczera pogarda dla reszty ludzkości. Szły przed siebie, bez wahań i bez zakłopotania, wykonująć ściśle te ruchy jakie chciały, przy pełnej niezawisłości każdego z członków, przyczem korpus zachowywał ową nieruchomość, tak znamienną dla osób dobrze tańczących walca. Były już blisko mnie. Mimo iż każda z nich miała typ absolutnie różny od innych, wszystkie były piękne; coprawda widziałem je od tak niedawna i nie śmiejąc się im przyglądać, że nie zindywidualizowałem jeszcze żadnej. Z wyjątkiem jednej, której — prosty nosek i ciemna skóra odcinały się od innych — niby na jakimś renesansowym obrazie jeden z Trzech Królów rodem z Arabji — pochwyciłem w jednej z nich jedynie parę oczu twardych, upartych i roześmianych; w drugiej tylko policzki, których różowość miała miedziany ton przywodzący na myśl geranję; a nawet i tych rysów nie zlokalizowałem jeszcze niezawodnie w żadnej z dziewcząt; i kiedy (wedle porządku, w jakim się rozwijał ten zespół — cudowny, bo w nim sąsiadowały najrozmaitsze kształty, spotykały się wszystkie gamy kolorów, ale mętny jak muzyka, w której nie umiałbym wyosobnić i rozpoznać, w miarę ich zja-

38