Strona:Marcel Proust - Wpsc02 - W cieniu zakwitających dziewcząt 03.djvu/46

Ta strona została skorygowana.

„Żal mi tego starego, wygląda jakby już miał odwalić kitę”, rzekła wpół-ironicznie jedna z dziewcząt, schrypłym, jakby przepitym głosem. Zrobiły jeszcze kilka kroków, potem zatrzymały się chwilę wśród drogi, nie troszcząc się o to że utrudniają krążenie przechodniów, czyniąc naradę, tworząc skupienie o nieregularnym kształcie, zwarte, niezwykłe i krzykliwe, niby ptaki zbierające się w chwili odlotu; poczem podjęły wolną przechadzkę wzdłuż digi nad morzem.
Obecnie, ich urocze rysy nie były już zmieszane z sobą, niepodobne do rozróżnienia. Rozdzieliłem je i skupiłem (w braku imion, których nie znałem) dokoła największej, tej co skoczyła przez starego bankiera; i małej, której pyzate i różowe policzki i zielone oczy odcinały się na horyzoncie morza; i trzeciej, o smagłej cerze, prostym nosku, wyróżniającej się wśród innych; dokoła jeszcze innej, o twarzy białej jak jajko, na której mały nosek garbił się niby dzióbek kurczęcia, twarzy takiej jaką miewają niektórzy bardzo młodzi chłopcy; innej wreszcie, dużej, okrytej peleryną (co dawało wygląd tak ubogi i tak przeczący jej eleganckiemu wzięciu, iż nastręczała się myśl, że ta młoda dziewczyna musi mieć rodziców natyle świetnych i mieszczących swoje ambicje o tyle wyżej letników w Balbec oraz tualetowego wykwintu własnych dzieci, aby im było zupełnie obojętne puszczać je na digę w stroju, który „szarym ludziom“ wydałby się zbyt skromny); dokoła wre-

42