Strona:Marcel Proust - Wpsc03 - Strona Guermantes 01-01.djvu/217

Ta strona została skorygowana.

sposobność taka nastręczyła się w czasie mego pobytu, zachęcił Roberta, aby mnie przyprowadził z sobą.
Tego wieczora, widząc Roberta przy stole kapitana, łatwo mogłem ocenić — aż do wzięcia i elegancji każdego z nich — różnicę między dwiema arystokracjami: dawną a Cesarską. Robert pochodził z kasty, której wszystkie wady — nawet te które potępiał całą swoją inteligencją — przeszły mu w krew. Kasta ta, przestawszy conajmniej od wieku mieć jakieś rzeczywiste znaczenie, w protekcjonalnej uprzejmości, stanowiącej część jej wychowania jak konna jazda lub fechtunek, widzi już tylko ćwiczenie uprawiane bez poważnego celu, dla zabawy, w stosunku do mieszczan, którymi ta szlachta natyle gardzi, aby wierzyć, że owa poufałość schlebia im i że ich pańska bezceremonjalność jest dla nich zaszczytem. Saint-Loup brał poufale za rękę pierwszego z brzegu mieszczańskiego syna którego mu przedstawiono i rozmawiając z nim (przyczem wciąż zakładał nogę na nogę i przeginał się niedbale w tył, trzymając stopę w ręce) mówił mu: „drogi panie”. Książę de Borodino przeciwnie pochodził ze szlachty, której tytuły, opatrzone bogatemi majoratami w nagrodę zaszczytnych usług, zachowały jeszcze swoje znaczenie, budząc

211