Strona:Marcel Proust - Wpsc04 - Strona Guermantes 02-02.djvu/151

Ta strona została przepisana.

steśmy „w przyjaźni“. Nie spodziewałem się wielkiej ścisłości słownictwa od kogoś, kto wziąłby łatwo mebel Chippendale za rokokową ambonę, ale ostatecznie, nie sądzę — dodał z coraz to bardziej drwiącą pieszczotą głosu, zakwitającą na jego ustach czarującym uśmiechem — nie sądzę, abyś pan powiedział — i wierzył — że jesteśmy w przyjaźni! Co do tego, żeś się pan pochwalił, iż byłeś mi przedstawiony, żeś rozmawiał ze mną, że mnie znasz trochę, żeś uzyskał niemal bez natręctwa nadzieję stania się kiedyś moim protegowanym, to uważam przeciwnie z pańskiej strony za bardzo naturalne i inteligentne. Znaczna różnica wieku między nami pozwala mi uznać bez ironji, że ta prezentacja, te rozmowy, ta mglista przynęta stosunków były dla pana, nie moją rzeczą jest powiedzieć zaszczytem, ale ostatecznie co najmniej korzyścią. Uważam, że głupstwo pańskie leży nie w tem żeś to rozgłosił, ale żeś tego nie umiał zachować. Dodam nawet — rzekł nagle przechodząc na chwilę z wyniosłego gniewu do słodyczy tak nasyconej smutkiem, iż myślałem że zacznie płakać — że kiedyś pan zostawił bez odpowiedzi propozycję jaką panu uczyniłem w Paryżu, wydało mi się to czemś tak niesłychanem ze strony pana, tak dobrze, zdawałoby się, wychowanego, z dobrej mieszczań-

145