Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-01.djvu/262

Ta strona została skorygowana.

czenia, bo pani Bontemps miała tylko jedną służącą „do wszystkiego“.
Niebawem lift-boy, zdjąwszy to co jabym nazwał liberją, a co on nazywał uniformem, zjawiał się w słomkowym kapeluszu, z laseczką, idąc starannie wystudjowanym krokiem, wyprostowany, bo matka jego zalecała mu, aby się starał nigdy nie robić wrażenia „robociarza“ lub „strzelca“. Tak samo jak, dzięki książkom, wiedza dostępna jest dla robotnika, który przestaje być robotnikiem kiedy skończył pracę, tak samo, dzięki słomkowemu kapelusikowi i parze rękawiczek, elegancja stawała się dostępna dla lift-boya, który, skończywszy pod wieczór wozić gości, sądził że, jak młody chirurg skoro zdejmie kitel, lub wachmistrz Saint-Loup bez munduru, stał się skończonym światowcem. Nie był zresztą bez ambicji, ani bez talentu w manipulowaniu swoją klatką, tak aby nie uwięzgnąć między dwoma piętrami. Ale język jego był wadliwy. Wierzyłem w jego ambicje, ponieważ, mówiąc o odźwiernym który był jego zwierzchnikiem, powiadał: „Mój odźwierny“, tym samym tonem, jakim człowiek posiadający w Paryżu to co strzelec nazwał by „pałacyk“ mówiłby o swoim portjerze. Co do języka lift-boya, ciekawe jest, że ten chłopak, który słyszał pięćdziesiąt razy dziennie gości mówiących „winda“, sam mówił zawsze „wienda“. Pewne rzeczy były szczególnie drażniące u tego lift-boya; np. cokolwiek

258