Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-01.djvu/72

Ta strona została skorygowana.

„źle myślącej“ — robiła szerokie ustępstwa, do tego stopnia, że bała się w tem antysemickiem środowisku Swannowi podawać rękę. Co do tego punktu uspokoiła się rychło, dowiedziawszy się, że książę Gilbert nie dał Swannowi wejść i że miał z nim jakieś „wyjaśnienia“. Nie groziło jej, że będzie musiała na oczach publiczności rozmawiać z „biednym Lolem“, którego wolała lubieć u siebie w domu.
— A to znowu co takiego? — wykrzyknęła księżna Oriana, widząc że jakaś nieduża osoba, wyglądająca dość szczególnie, w czarnej sukni tak skromnej że możnaby ją wziąć za nędzarkę, składa jej, wraz z mężem, głęboki ukłon. Nie poznała jej i dosyć skłonna do tego rodzaju impertynencyj, wyprostowała się obrażona, spoglądając bez ukłonu z wyrazem zdumienia:
— Co to za figura, Błażeju? — spytała ze zdziwieniem, gdy p. de Guermantes, chcąc naprawić niegrzeczność żony, kłaniał się damie i ściskał dłoń jej męża.
— Ależ to pani de Chaussepierre, byłaś bardzo niegrzeczna.
— Ja nie wiem, co to jest Chaussepierre.
— Siostrzeniec starej Chanlivault.
— Nie znam nic podobnego. Kto to jest ta kobieta, czemu ona mi się kłania?
— Ależ znasz ją doskonale, to córka pani de Charleval, Henrjety Montmorency.

68