Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/111

Ta strona została przepisana.

tak głęboką i tak mi ułatwił zadanie. Teraz myślałem o nim ze zgrozą.
Robert musiał sobie zdać sprawę, że Albertyna nie jest mi obojętna, bo nie odpowiadał na jej zaloty, co ją nastroiło wrogo dla mnie; potem zaczął rozmawiać ze mną tak jakbym był sam, co znów podniosło mnie w oczach Albertyny, kiedy to spostrzegła. Robert spytał, czy nie mam ochoty spotkać się z kolegami, z któremi jadaliśmy swego czasu co wieczór w Doncières; z tymi przynajmniej, którzy tam byli jeszcze. Że zaś sam nasiąkł drażniąco-pretensjonalną gwarą, którą potępiał, mówił: „Na co ci się zdało tak wytrwale uprawiać na nich swoje czary, jeżeli nie chcesz ich widzieć?“ Odmówiłem, bo nie chciałem się rozstawać z Albertyną, ale także dlatego, że już odszedłem od nich. Od nich, to znaczy od siebie. Pragniemy namiętnie aby istniało drugie życie, gdziebyśmy byli podobni do tego czem jesteśmy na ziemi. Ale nie zastanawiamy się, że nawet nie czekając drugiego życia, w obecnem naszem życiu, po upływie kilku lat, jesteśmy niewierni temu czem byliśmy przedtem, czem pragnęliśmy zostać wiecznie. Nawet przyjmując że śmierć zmieniłaby nas nie więcej niż te zmiany zachodzące w ciągu życia, gdybyśmy w tem drugiem istnieniu spotkali owo ja którem byliśmy niegdyś, odwrócilibyśmy się od siebie samych, niby od osób, z któremi było się w stosunkach niegdyś, ale których nie widziało

107