Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/152

Ta strona została przepisana.

swojej „paczki“, że wciąż to odkłada. Przerażało ją to zresztą trochę z pobudek jakie głosiła przesadnie; z drugiej strony, zachwycało ją z racji snobistycznych, które wolała zataić. Była tedy nawpół szczera; wierzyła, że jej paczka jest czemś tak jedynem, zespołem na którego stworzenie trzeba było wieków, że drżała na myśl wprowadzenia w nią mieszkańców prowincji, nieznających Tetralogji ani Norymberskich nie zdolnych odegrać swojej partji w koncercie ogólnej rozmowy i mogących, przybyciem swojem do pani Verdurin, zniweczyć jedną ze sławnych śród, nieporównanych i kruchych arcydzieł, podobnych do owych weneckich szkieł, które jedna fałszywa nuta może strzaskać.
— Co więcej, to muszą być ludzie jak tylko może być anty (antydreyfusiści, oczywiście) i militaryści — rzekł p. Verdurin.
— Och, co to, to mi wszystko jedno, za długo już zajmuje się świat tą historją — odparła pani Verdurin, która, będąc szczerą dreyfusistką, byłaby jednak rada w sławie swego dreyfusistowskiego salonu znaleźć światową rekompensatę. Otóż, dreyfusizm tryumfował politycznie, ale nie światowo. Labori, Reinach, Picquart, Zola, to wciąż byli dla ludzi światowych „zdrajcy“ i mogli ich jedynie odstręczyć. Toteż po tym wypadzie w politykę, pani Verdurin pragnęła wrócić do sztuki. Zresztą d’Indy, Debussy, czy nie byli nieprawomyślni w tej sprawie?

148