Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/169

Ta strona została przepisana.

spostrzegł — nie mogę odnaleźć biletu, musiałem go gdzieś zgubić“. Ale funkcjonarjusz, zdejmując kaszkiet, upewnił że to nic i uśmiechnął się z szacunkiem. Księżna (dając wyjaśnienia stangretowi, tak jakby to czyniła jakaś dama dworu pani Verdurin, bo sama pani Verdurin z powodu Cambremerów nie mogła przybyć na stację, co zresztą czyniła rzadko) zabrała mnie, zarówno jak Brichota, do jednego z powozów. W drugi wsiedli doktór, Saniette i Ski.
Stangret, mimo że bardzo młody, był „starszym stangretem“ Verdurinów, jedynym prawdziwym ich stangretem z urzędu; woził ich zawsze w ciągu dnia na spacer, bo znał wszystkie drogi, a wieczór przywoził i odwoził „wiernych“. Towarzyszyli mu donajęci stangreci (których dobierał w razie potrzeby). Był to dzielny chłopiec, trzeźwy i zręczny, ale jego smutna twarz i skupione spojrzenie świadczyły o skłonności do irytacji a nawet do melancholji. Ale w tej chwili był bardzo szczęśliwy, bo udało mu się ulokować u Verdurinów brata, również poczciwego chłopca.
Najpierw przebyliśmy Doville. Porosłe trawą pagórki schodziły do morza dużemi zwałami, którym nasycenie wilgocią i solą daje gęstość, miękkość i szczególną żywość koloru. Wysepki i wyzębienia Rivebelle, o wiele bliższe tutaj niż w Balbec, dawały tej partji morza nowy dla mnie wygląd plastycznej mapy. Minęliśmy domki, zajęte prawie wszyst-

165