Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/218

Ta strona została przepisana.

— Haha, otóż autor, jak mam powiedzieć, tej geografji, tego słowniczka, rozprawia długo o nazwie miejscowości, która była niegdyś — nie wiem jak się mam wyrazić — naszem lennem, a która się zwie Pont-à-Couleuvre. Hm, jestem oczywiście pospolitym ignorantem wobec tej studni wiedzy, ale byłem tysiąc razy w Pont-a-Couleuvre (gdzie on był tylko raz), i niech mnie licho porwie, jeżelim widział bodaj jedną z tych brzydkich żmij; powiadam brzydkich, mimo pochwały, jaką im oddaje dobry La Fontaine (Człowiek i żmija, to była jedna z dwóch bajek).
— Nie widział pan, i to pan miał lepszy wzrok — odparł Brichot. — Niewątpliwie, uczony, o którym pan mówi, zna do gruntu swój przedmiot, napisał książkę niepospolitą.
— Myślę! — wykrzyknęła pani de Cambremer — ta książka — wyrażenie będzie tu na swojem miejscu — to istna praca benedyktyna.
— Niewątpliwie musiał zaglądać do starych pergaminów (mam na myśli listy beneficjów i probostw w każdej djecezji), co mogło mu dostarczyć nazwisk świeckich patronów oraz duchownych kolatorów. Ale są i inne źródła. Jeden z moich najuczeńszych przyjaciół czerpał w nich. Odkrył, że to samo miejsce nazywano Pont-à-Quileuvre. Ta dziwaczna nazwa kazała mu sięgnąć jeszcze dalej do łacińskiego tekstu, gdzie most, który pani przy-

214