Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/234

Ta strona została przepisana.

nie miał do tego ochoty. Na to pani Verdurin wybuchnęła. — Och! owszem! — wykrzyknęła parskając śmiechem. — Może pan być pewny, że nikt w świecie nie zgadłby iż chodzi o Chercheuse d’Esprit.
Verdurin podjął łagodnym głosem, zwracając się równocześnie do Brichota i do Saniette’a: — To ładna rzecz zresztą, ta Chercheuse d’Esprit.
To proste, poważnie wygłoszone zdanie, w którem nie możnaby znaleźć cienia złośliwości, sprawiło biednemu Saniette nieopisaną ulgę i wznieciło w nim tyleż wdzięczności co gdyby to była uprzejmość. Nie mógł wyrzec ani słowa, trwał w pełnem szczęścia milczeniu. Brichot był wymowniejszy.
— To prawda, odparł; i gdyby ją podać za utwór jakiego sarmackiego lub skandynawskiego autora, możnaby przeprzeć kandydaturę tej Chercheuse d’Esprit na wakans arcydzieła. Ale, powiedzmy to bez uchybienia cieniom miłego Favart, on nie miał nic ibsenowskiego. (Tu Brichot zaczerwienił się po uszy, pomyślawszy o norweskim filozofie, który miał minę nieszczęśliwą, bo napróżno starał się dojść co za roślinę mógł przedstawiać „bukszpan“, który Brichot zacytował przed chwilą à propos pana Bussiere). Zresztą satrapia Porela jest teraz zajęta przez funkcjonarjusza, który jest prawowiernym tołstojowcem, bar-

230