Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/242

Ta strona została przepisana.

odrazu. Bogiem a prawdą, nie interesował mnie nigdy. Lubiłam go, to wszystko. Przytem co za brudas. Czy pan lubi ludzi, którzy się nigdy nie myją?
— Co to jest, takie ładne w tonie, co my jemy? — spytał Ski.
— To się nazywa mus truskawkowy — rzekła pani Verdurin.
— Ależ to jest cza-ru-jące. Trzebaby do tego wydobyć parę butelek Château-Margaux, Château-Laffite, Porto.
— Nie umiem wam powiedzieć, jak on mnie bawi, on nie pije nic prócz wody — rzekła pani Verdurin, uciechą, jaką znajdowała w tym żarcie, chcąc pokryć przestrach, o jaki przyprawiała ją ta rozrzutność.
— Ale to nie poto żeby pić — odparł Ski; — napełni pani wszystkie kieliszki, przyniosą cudowne brzoskwinie, olbrzymie morele, o tam, nawprost zachodu słońca, to będzie przepych w stylu najpiękniejszego Veronese.
— I będzie kosztowało prawie równie drogo — mruknął Verdurin.
— Ale zabierzcie te sery tak brzydkie w tonie — rzekł Ski, starając się wydrzeć talerz „pryncypałowi“, który bronił swego gruyère ze wszystkich sił.
— Pojmuje pan, że ja nie tęsknię za Elstirem —

238