Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/251

Ta strona została przepisana.

jącej stłuczoną szybę, również nie zyskała powodzenia. „Cóż za ohyda!“ wykrzyknęła margrabina. Szczytem było, kiedym powiedział: „Największą radość miałem zaraz z początku. Kiedym usłyszał własne kroki rozbrzmiewające w sieni, miałem wrażenie żem się znalazł w kancelarji wiejskiego urzędu gminnego, gdzie wisi mapa powiatu“. Tym razem, pani de Cambremer stanowczo odwróciła się plecami.
— Nie zasmuciło cię zbytnio to wszystko? — spytał jej mąż z tą samą współczującą troskliwością, z jaką by się informował jak żona zniosła żałobną ceremonję. Są tu ładne rzeczy. Ale, o ile pewne reguły niezawodnego smaku nie zakreślą nieżyczliwości nieodpartych granic — potrafi ona wszystko skrytykować w osobach lub w domu ludzi, którzy zajęli wasze miejsce. Toteż pani de Cambremer odparła: „Tak, ale nie są na swojem miejscu. I zaprawdę, czy w istocie takie ładne?“
— Zauważyłaś — rzekł p. de Cambremer ze smutkiem nie pozbawionym pewnego hartu — są w tym salonie płótna Jouy, wytarte aż do nitki, rzeczy, do cna zużyte!
— A ta materja w wielkie róże, jak derka chłopska! — rzekła pani de Cambremer, której nawskroś sztuczna kultura uznawała jedynie transcendentalną filozofję, impresjonistyczne malarstwo

247