Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-02.djvu/272

Ta strona została przepisana.

cej pokrewieństwa niż między Wielkim Kondeuszem a Racinem.
— A! myślałem! — rzekł swobodnie Ski, tak samo nie tłumacząc się ze swego błędu, jak kilka godzin wprzódy z omyłki przez którą omal nie spóźniliśmy się na pociąg.
— Czy pan ma zamiar długo zabawić nad morzem? — pytała pani Verdurin pana de Charlus, w którym przeczuwała „wiernego“ i drżała aby nie wrócił zbyt wcześnie do Paryża.
— Mój Bóże, nigdy nie wiadomo — odparł nosowym i rozwlekłym tonem p. de Charlus. — Chciałbym zostać do końca sierpnia.
— Ma pan rację — odparła pani Verdurin; to moment pięknych burz.
— Prawdę mówiąc, nie toby mnie zdecydowało. Nadto zaniedbałem od jakiegoś czasu Archanioła Michała, mego patrona, i chciałbym mu to wynagrodzić, pozostając aż do jego święta, 29 września, w Abbaye du Mont.
— Bawią pana takie historje? — spytała pani Verdurin, która zdołałaby może uciszyć swój zraniony antyklerykalizm, gdyby się nie zlękła że tak długa wycieczka może spowodować czterdziestoośmiogodzinną dezercję skrzypka i barona.
— Pani cierpi może na okresową głuchotę — rzekł impertynencko p. de Charlus. — Mówiłem, że święty Michał jest jednym z moich chlubnych

268