Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/114

Ta strona została przepisana.

cali, Aimé, stojąc w progu, nie mógł się wstrzymać aby nie śledzić namiętnym, ciekawym i łakomym wzrokiem, ile napiwku daję szoferowi. Daremnie kryłem sztukę monety lub banknot w zamkniętej dłoni; spojrzenia Aimégo rozsuwały moje palce. Po sekundzie odwracał głowę, bo był dyskretny, dobrze wychowany i zadowalał się dość skromnemi obrywkami. Ale pieniądze dawane innemu budziły w nim niezrozumiałą ciekawość, sprowadzały mu ślinę do ust. Podczas tych krótkich chwil, miał uważną i zgorączkowaną minę dziecka czytającego powieść Verne’a lub minę gościa siedzącego opodal w restauracji, gdy, widząc iż krają dla was bażanta, na którego on nie chce lub nie może sobie pozwolić, porzuca na chwilę poważne myśli, aby wlepić w ptaka rozpromienione miłością i żądzą spojrzenie.
Tak więc, moje spacery autem powtarzały się codzień. Ale raz, w chwili gdym wracał windą, chłopiec oznajmił mi: „Ten pan był u pana, zostawił zlecenie“. Wyrzekł te słowa głosem absolutnie złamanym, kaszląc i plując mi w twarz. „Co ja za katar złapałem!“ — dodał, tak jakbym ja tego nie mógł zauważyć sam. „Doktór powiada, że to jest koklusz“ — i dalej zaczął kaszleć i pluć na mnie. „Proszę się nie trudzić mówieniem“ — rzekłem z dobrocią, niestety udaną. Bałem się zarazić kokluszem, który — przy mojej skłonności do

110