Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/135

Ta strona została przepisana.

świadczał w samych początkach doktór, który wolał, abyśmy barona zostawili samego w przedziale. Zręcznie maskując niezdecydowany charakter od czasu swej wielkiej karjery lekarskiej, profesor przechylał się z uśmiechem w tył; spoglądając z ponad binokli na Skiego, poczem rzekł przez złośliwość lub aby wydobyć opinię towarzyszy:
— Rozumiecie, gdybym był sam, gdybym był kawalerem... ale chodzi mi o żonę... Po tem coś mi pan powiedział, nie wiem doprawdy, czy nam wypada jechać z nim razem?... szepnął doktór.
— Co ty powiadasz? — spytała pani Cottard.

— Nic, nic, to ciebie nie obchodzi, to nie jest dla kobiet — odpowiadał mrużąc oko doktór z owem majestatycznem zadowoleniem z siebie, które było czemś pośredniem między jego z cicha pęk miną wobec uczniów i pacjentów a niepokojem towarzyszącym niegdyś jego dowcipom u Verdurinów. I dalej mówił cicho. Pani Cottard usłyszała jedynie słowa „bractwo“ i „tapette“[1], że zaś w słownictwie doktora pierwsze oznaczało rasę żydowską a drugie „wyparzoną gębę“, pani Cottard wywnioskowała z tego, że p. de Charlus musi być gadatliwym izraelitą. Nie zrozumiała, czemu to ma

  1. Tapette, franc. wyrażenie gwarowe może oznaczać albo gadułę albo pederastę.
131