Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/157

Ta strona została przepisana.

nych niewytłumaczonym faworem chwili do wyżyn arcydzieła.
— Mówi pan to, bo pan nie zna życia — rzekł baron, podwójnie podrażniony, bo czuł, że Brichot nie zrozumiałby ani jego racyj artystycznych ani innych.
— Rozumiem — odparł Brichot — że, mówiąc słownikiem mistrza Rabelego, chce pan rzec, że jestem sorbonistą, sorbonitrąbą i sorbonosłem. Jednakże, tak samo jak inni tu obecni, lubię aby mi książka dawała wrażenie szczerości i życia, nie jestem z gatunku tych klerków...
— Kwadransik Rabelego — przerwał doktór Cottard, już nie tonem wahania, ale dowcipnej pewności.
—...którzy uprawiają kult literatury wedle reguły Abbaye-aux-Bois w obedjencji dla pana wicehrabiego de Chateaubriand, wielkiego mistrza dętolu, wedle ścisłej reguły humanistów. Pan wicehrabia de Chateaubriand...
— Chateaubriand? z kartofelkami? — przerwał Cottard.
— To jest patron tego bractwa — ciągnął Brichot, nie zwracając uwagi na koncept doktora, który w zamian, przerażony zwrotem Akademika, spojrzał niespokojnie na pana de Charlus. Cottard uważał, że Brichot okazał brak taktu, natomiast

153