Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/187

Ta strona została przepisana.

ale właśnie dlatego że ojciec nim był, wytłumaczenie wszystkich konfliktów socjalnych przez „zazdrość“, wytłumaczenie prostackie i niedorzeczne, ale niepożyte i w pewnej klasie „chwytające“ zawsze w sposób równie niezawodny jak stare sztuczki biorą publiczność teatralną, lub jak groźba klerykalnego niebezpieczeństwa bierze na wiecach, znajdowało u Morela wiarę prawie równie silną jak u Franciszki lub u służby pani de Guermantes, widzących w tem jedyne źródło nieszczęść ludzkości. Nie wątpił, że wszyscy koledzy próbowali mu zdmuchnąć miejsce i czuł się tem nieszczęśliwszy z powodu tego opłakanego, urojonego zresztą pojedynku.
— Och! co za rozpacz! — wykrzyknął Charlie. Ja tego nie przeżyję. Ale czy tamci panowie nie mają się z panem spotkać, zanim pójdą do tego oficera?
— Nie wiem, sądzę że tak. Dałem znać jednemu z nich że zostanę tu dziś wieczór i że mu dam instrukcje.
— Mam nadzieję, że do jego przybycia zdołam pana przekonać; niech mi pan tylko pozwoli zostać z sobą — prosił czule Morel.
Było to wszystko, czego pragnął p. de Charlus. Nie odrazu ustąpił.
— Myliłbyś się, stosując tu przysłowie że „kto mocno kocha, mocno karci“, bo kochałem mocno

183