Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/19

Ta strona została przepisana.

Charlus wciąż nie wstawał z krzesła. Mimowoli uśmiechał się nieznacznie, widząc jak dalece uległość pani Verdurin — tak łatwo uzyskana — potwierdza jego ulubione maksymy o uroku arystokracji i o nikczemności mieszczaństwa. Pryncypałka nie wydawała się wcale zdziwiona formami barona i jeżeli go opuściła, to jedynie dlatego, że z niepokojem ujrzała iż p. de Cambremer znów mnie zagarnął. Ale przedtem chciała wyświetlić stosunki pana de Charlus z hrabiną Molé.
— Mówił pan, że pan zna panią de Molé. Czy pan bywa u niej? — spytała, dając tym słowom „bywać“ znaczenie: mieć prawo bywania u niej, być upoważnionym do odwiedzania jej.
P. de Charlus odpowiedział z akcentem lekceważenia, z afektacją ścisłości i śpiewnym tonem: „Ależ czasem.“ To „czasem“ obudziło wątpliwości pani Verdurin, która spytała:
— Czy pan spotkał tam kiedy księcia de Guermantes?
— A, nie przypominam sobie.
— O — rzekła pani Verdurin — pan nie zna księcia de Guermantes?
— Jakżebym go miał nie znać — odparł pan de Charlus z uśmiechem, który zadrgał mu na ustach. Uśmiech ten był ironiczny, ale ponieważ baron bał się, że nim odsłoni złoty ząb, utopił uśmiech

15