Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/266

Ta strona została przepisana.

jedynymi pasażerami, konduktor krzyknął głosem zwątlałym w poczuciu bezużyteczności swego zadania, siłą tego samego nawyku który mu je kazał jednak spełniać i rodził w nim zarazem akuratność i indolencję, a bardziej jeszcze chęć do spania: „Parville!“ Albertyna, siedząca na wprost mnie, czując się u celu podróży, podeszła kilka kroków i otwarła drzwi. Ale ten ruch, którym gotowała się wysiąść, rozdarł mi nieznośnie serce, tak jakby, wbrew niezawisłej pozycji mego ciała, które ciało Albertyny zdawało się wypełniać z odległości dwóch kroków, ta przestrzeń między nami, którą objektywny rysownik musiałby wyobrazić, była jedynie pozorem; gdyby ktoś chciał nas wyrysować w duchu prawdziwej rzeczywistości, musiałby umieścić teraz Albertynę nie opodal mnie, ale we mnie. Oddalając się, zadawała mi taki ból, że schwyciwszy ją za ramię, pociągnąłem ją rozpaczliwie.
— Czy byłoby fizycznem niepodobieństwem — spytałem — abyś dziś zanocowała w Balbec.
— Fizycznem, nie. Ale upadam z senności.
— Oddałabyś mi olbrzymią przysługę...
— Zatem dobrze, mimo że nie rozumiem, czemu nie powiedziałeś tego wcześniej. Więc dobrze, zostaję.
Matką spała już, kiedy ja, kazawszy dać Alber-

262