Strona:Marcel Proust - Wpsc05 - Sodoma i Gomora 02-03.djvu/86

Ta strona została przepisana.

w Paryżu, zobaczyłby pan, dopiero by się pan zabawił!
Ale dziedziczna ostrożność lokajska kazała mu dać inny tok zdaniu, które już rozpoczął. Tak iż p. de Charlus myślał że wciąż chodzi o dziewczęta.
— Widzi pan — mówił Morel, pragnąc, w sposób mniej dla siebie kompromitujący (mimo że w gruncie bardziej niemoralny) podniecić zmysły barona — mojem marzeniem byłoby znaleźć dziewczynę bardzo czystą, zyskać jej miłość i uszczknąć cnotę.
P. de Charlus nie mógł się wstrzymać, aby nie uszczypnąć czule Morela w ucho, ale dodał naiwnie:
— Na co by ci się to zdało? Jeślibyś ją naruszył, musiałbyś się z nią żenić.
— Żenić się! — wykrzyknął Morel, który odczuł podniecenie barona, nie miał zaś świadomości, że mówi z człowiekiem w sumie bardziej skrupulatnym niż sądził. — Żenić się? Bujda! Przyrzekłbym jej, ale po załatwieniu operacyjki puściłbym ją kantem jeszcze tego wieczora.
Kiedy panu de Charlus fikcja mogła dać przelotną zmysłową rozkosz, zwykł był się z nią godzić, gotów jednak cofnąć swoją zgodę w chwilę później, gdy rozkosz wygaśnie.

82