Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/28

Ta strona została przepisana.

bec, w pewnym momencie, gdy ja przeciwnie bałem się że ją nudzę; gdybym był wówczas wiedział o tem, byłbym może pokochał Annę.
— Jakto nie wiedziałeś — mówiła Albertyna — przecież wszystkie żartowałyśmy z tego. Zresztą, czyś nie zauważył, że ona zaczęła naśladować twój sposób mówienia, twój styl? Zwłaszcza kiedy świeżo się rozstała z tobą, to było uderzające. Nie potrzebowała mówić, że cię widziała. Kiedy przychodziła od ciebie, widać to było od pierwszej sekundy. Patrzałyśmy po sobie i śmiałyśmy się. Była jak węglarz, który chciałby wmówić że nie jest węglarzem, a jest cały czarny! Młynarz nie potrzebuje mówić że jest młynarzem, jest na nim pełno mąki, ma jeszcze ślady worków które nosił. Anna to samo, podnosiła brwi jak ty, a przytem ta jej długa szyja, słowem nie umiem ci powiedzieć co. Kiedy wezmę książkę, która była w twoim pokoju, mogę ją czytać na dworze, i tak wiadomo że jest od ciebie, bo zachowuje zapach twoich paskudnych okadzań[1]. To niby nic, ale to nic jest w gruncie dosyć miłe. Ile razy ktoś mówił dobrze o tobie, kiedy ktoś robił wrażenie że cię wysoko ceni, Anna była wniebowzięta.

Mimo wszystko, nie chcąc aby coś mogły uplanować bez mojej wiedzy, poddałem, aby na ten

  1. Zabieg z przepisu lekarzy, stosowany przez samego Prousta przeciw astmie (przyp. tłum.).