Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 02.djvu/114

Ta strona została przepisana.

robić to co chcę, życie jest za krótkie; nudzić się, żyć z głupcami, robić minę że się ich ma za inteligentnych, och, nie, nie mogę. No, prędzej, Brichot, niema czasu do stracenia.
— Idę, idę — rzekł w końcu Brichot, gdy generał Deltour się oddalał.
Ale najpierw uczony wziął mnie na chwilę na bok. — Obowiązek moralny — rzekł — jest mniej jasnym imperatywem, niż tego uczą nasi etycy. Niech się z tem pogodzą kawiarnie teozoficzne i piwiarnie kantowskie: rozpaczliwie nie znamy istoty Dobra. Ja sam, który, bez przechwałki, skomentowałem dla swoich uczniów, w świętej niewinności, filozofję rzeczonego Imanuela Kanta, nie widzę żadnego ścisłego wskazania na casus światowej kazuistyki, wobec którego się znajduję, w tej krytyce praktycznego rozumu, w której wielki renegat protestantyzmu platonizował germańską modą dla prehistorycznie sentymentalnych i a ulicznych Niemiec, w rezultacie ad usum pomorskiego mistycyzmu. To jeszcze wciąż platońska „Uczta“, ale tym razem z Koenigsberg, z tamtejszą niestrawną kuchnią, z kapustą a bez żygolaków. Z jednej strony oczywiste jest, że nie mogę odmówić naszej przezacnej gospodyni tej drobnej przysługi; przysługi całkowicie zresztą zgodnej z tradycyjną moralnością. Przedewszystkiem trzeba unikać mamienia się słowami, bo mało jest rzeczy, któreby więcej płodziły głupstw. Ale wreszcie powiedzmy szczerze, że