Strona:Marceli Motty - Przechadzki po mieście 01.djvu/35

Ta strona została uwierzytelniona.

i gołą szyją, w grubéj czarnéj surducinie lub wytartéj burce krakowskiéj, że to przyszły dziedzic dóbr kórnickich i wnuk wojewody. Téj zewnętrzności odpowiadało usposobienie serca i umysłu; nie mając znakomitego uzdolnienia naukowego ojca, jego łatwości w pojmowaniu i dowcipu, miał Jan Działyński zdrowy sąd, spokojną rozwagę, dostateczny dar rozumienia, a przytem szczerość, otwartość, prostotę i dobroć serca, które nie tylko kolegów szkolnych, ale i starszych na jego korzyść ujmowały.
O jego gorących uczuciach patryotycznych mówić nie potrzebuję, bo syn takich rodziców nie mógł być pod tym względem chłodnym; wszakże, prócz wymienionych przymiotów, podobał się każdemu z bliżéj wówczas go znających brak u niego dumy rodowéj, pyszności pańskiéj i pewien nieudawany, demokratyczny nastrój, równie w sposobie myślenia jak i w stosunkach i nawyknieniach towarzyskich. Jednem słowem, Jan Działyński, jako chłopiec i w pierwszéj porze młodości, był osobistością nadzwyczaj sympatyczną i obiecującą na przyszłość człowieka, który niezawodnie z wielkim pożytkiem dla naszego społeczeństwa jedno z najpierwszych miejsc w niem zajmie. I takiego usposobienia był jeszcze, gdy, przez czas krótki, jak mi się zdaje, zwiedzał uniwersytet berliński i gdy rok swój wojskowy w artyleryi konnéj odsługiwał. Potem straciłem go z oczu, bo do Paryża wyjechał, gdzie lat kilka niemal bez przerwy przesiedział i gdzie, stosując się do najgorętszego życzenia rodziców, pojął za żonę Izę, księżniczkę Czartoryską, córkę księcia Adama.
Jakie tam wiódł życie, co tam robił i jakim wpływom ulegał, tego ci powiedzieć nie umiem, panie Ludwiku, wiem tylko, że zajmował się gorliwie szkołą, którą wtenczas w Paryżu celem kształcenia młodzieży